3

25 sierpnia 2013

Born in Szczecin vol. 3

Składanka “Born in Szczecin” – nazwa nie pozostawia żadnych złudzeń. To produkt szczeciński, nie tak szczeciński jak paprykarz, a naprawdę stworzony tutaj. Być może doskonały przykład na to, ze “u nas” coś się dzieje.

Szczególny dowód dla tych, którzy nadal kurczowo trzymają się tezy, że Szczecin to wioska z tramwajami. Być może, ale jak się okazuje tymi tramwajami jeżdżą nie zawsze znane talenty, czekające tylko na lepszą promocję czy docenienie. Trzecia część składanki oferuje 17 pozycji, z czego 10 zostało wyłonionych w konkursie zorganizowanym przez jednego z wydawców płyty, stowarzyszenie “Made in Szczecin”. Utwory czasem mocno zróżnicowane, choć ułożone tak, by nie odczuć nadmiernych skoków gatunkowych. Zaraz po spokojnej balladzie nie doświadczymy ciężkich brzmień, na nie trzeba poczekać do ostatniego utworu.

Jest to składanka różnorodna, więc każdemu coś przypadnie do gustu, i o to tutaj chodzi. Zapoznać się z zespołem i poznać jego twórczość. Tu też pojawia się problem, że nie zawsze taki jeden utwór dobrze o zespole będzie świadczył. Gdybym nie znał np. pojawiającego się na płycie Indios Bravos, zapewne nigdy nie domyśliłby się, że warto ich posłuchać. Obecny na płycie utwór wydaje się być zbyt mało charakterystyczny, by dobrze przypomnieć znaną już przecież kapelę. Natomiast na pewno z chęcią poznałbym After Blues, ich utwór pokazuje to co w tym zespole najważniejsze, Blues najwyższej próby. Bo trzeba zaznaczyć, że wykonawcy z „Born In Szczecin vol. 3” to ludzie z różnym stażem muzycznym i tylko 10 musiało stanąć do walki o ten album. Można więc stwierdzić, że reszta, to najwięksi gwiazdorzy.

Płyta to zbiór świetnych wokali. Choć czasem niezbyt porywały mnie teksty, czasem nieco nawet w ucho gryzły. Fragmenty niekiedy banalizowały resztę tekstu, innym razem częściowo wysadzały stylistykę całego utworu. Cóż, nawet Ciechowski pisywał byle jak. Może zwyczajnie tekst idealny nie istnieje? A może zwyczajnie warto dać komuś słowa do sprawdzenia, nawet jeśli traktuje się je bardzo osobiście. Jednak ani razu – pomijając dwa razy – nie poczułem chęci odrzucenia któregokolwiek z utworów. Te dwa razy są raczej związane z humorem słuchacza, trudno jest wczuć się w składankę, kiedy powaga nagle przeplata się z humorem. Wracając do tekstów, czasem nie ma zupełnie znaczenia co nam wokalista chce powiedzieć. Przykład Bona Fides, zespół pozakonkursowy. O czym jest utwór? Prosta rymowanka: się zakochałem, się spojrzałem, ale silny i dojrzały wokal jest w stanie uargumentować wszystko, czego normalnie słuchacz nie chciałby usłyszeć. Również wyróżnia się na tym polu Dyabol (polu wokalnym), zarazem tworząc produkt równy i w swojej kategorii doskonały, czuję jednak, że wokalistę stać na znacznie więcej. Może spokojnie już teraz na zapas wykopać Markowskiego z radia, razem z jego córką. Będąc już przy odsłuchu, pierwszy utwór wydaje się być się źle wyprodukowany – stereo jest niemal zupełnie niefunkcjonalne. W słuchawkach brzmi wyraźnie trudniej od reszty utworów, które wydają się brzmieć poprawnie. Ale zaznaczę, że szkoda, bo wokalistka – oraz bogate instrumentarium – Lexisa, zasługuje na lepsze potraktowanie.

 Ta płyta to eksperymenty i sprawdzone rozwiązania. Do tych pierwszych zdecydowanie należy propozycja Godbite. Choć domyślałem się inspiracji, to jednak za każdym razem czuję się pogubiony – pozytywnie. Wiele emocji, pokręcone solówki. Muzyka zyskuje z każdym odsłuchaniem. Sądzę, że śmiało można nazwać „Bear In Mind” jednym z trzech najbardziej przejmujących i przekonujących – od początku do końca – utworów płyty.

A sprawdzone rozwiązania? Od razu wpadł mi w ucho utwór zespołu Overdose. Choć pierwsze skojarzenie było jednoznaczne i raczej mało bystre – szczecińskie Iron Maiden, to zaraz usłyszałem też w tym Venoma i wiele innych klasyków, co w rezultacie daje coś znacznie lepszego w moim odczuciu niż głównych bohaterów niegdysiejszej nowej fali z Wielkiej Brytanii. Po prostu cieszę się, że taki zespół powstał. Podejrzewam, że z czasem wokalista nabierze więcej mocy. Cieszę się więc trochę na kredyt. Warto też wspomnieć o Joyride, ich utwór przypomina mi muzyczne miejsca w okolicach Fall Out Boy. Natomiast słysząc Listopad, słyszę Nickelblack, wokal niemal identyczny, choć idący w refrenach ku Serjemu Tankianowi. Czy to źle? Nie, to dobrze. Powiedziałbym, że album ma lekką sekcję amerykańską. Hollywood, u nas znane jako Podjuchwood. Zdecydowanym rodzynkiem składanki jest ostatnia propozycja, utwór najcięższy, tylko dla prawdziwych fanów mrocznej sceny. Cóż, pozostałym słuchaczom polecam mimo wszystko… podkręcić radyjko do oporu.

 Podsumowując. Płyta to wizytówka z wieloma adresami, taka muzyczna książka telefoniczna. Raczej nie do słuchania w samochodzie. Muzyka, choć dobrze ułożona, to zanadto zmienna by stanowić przyjemną dla ucha ciągłość. Do czego w takim razie służy „Born in Szczecin vol. 3”? Tę płytę należy przesłuchać i dodać wybranych artystów do ulubionych. Po prostu. Mnie, jako niegdysiejszego ignoranta lokalnej sceny, przekonała, że ludzie, których spotykasz czasem na co dzień, u których budzisz się w dziwnym miejscu po imprezie, potrafią grać lepszą muzykę niż promują przeciętne media. Oczywiście pojawiają się pewne wady, ale nie sposób oceniać konkretnych wykonawców po jednym utworze. Na płycie jest na pewno więcej rocka niż hip-hopu czy elektroniki, właściwie to tego drugiego i trzeciego nie ma w ogóle, ale może kiedyś nadejdzie kompilacja, gdzie każdy utwór z innej, całkowicie innej, bajki pokaże różnorodność tego miasta. A może składanki tematyczne? Ja nie narzekam, tym bardziej, że akurat sporo utworów w mój gust trafiło. Przynajmniej trzy. Mówię to w pełni egoistycznie. Wiele pominąłem w opisie, co nie znaczy, że zignorowałem. Okazji do poznania szczecińskiej sceny będzie jeszcze wiele.

Na koniec warto jeszcze wspomnieć o oprawie graficznej. Przed premierą spodziewałem się nudnej okładki, a ta akurat okazała się udana. Stworzył ją Łukasz Szpatowicz z naszej szczecińskiej Akademii Sztuki. Można więc spokojnie ocenić już po okładce, że produkt jest lokalny. Trzyma się tego naszego mitu o morzu, tramwajów nie stwierdzono.

Sam byłem jednym ze szczęśliwców, którzy otrzymali płytę w dniu premiery na dziedzińcu naszego szczecińskiego Zamku. 200 sztuk trafiło do wszystkich chętnych, którzy szczęśliwie nie musieli koczować w śpiworach, by zdobyć swój egzemplarz. Nie wykluczone, że szanse na fizyczny nośnik jeszcze istnieją. Realna jest na pewno możliwość posłuchania płyty w Internecie na www.borninszczecin.pl .

autor: Łukasz Maj

  • After Blues
  • Bona Fides
  • Born in Szczecin
  • Godbite
  • Listopad
  • Made in Szczecin

About Łukasz Maj

View all posts by Łukasz Maj

3 thoughts on “Born in Szczecin vol. 3

  1. czytelnik napisał(a):

    o wszystkich napisano oprócz o Half Accidental… to trochę krzywdzące nie sądzi Pan ?

    Odpowiedz
  2. Łukasz Maj napisał(a):

    Nie opisałem jeszcze kilku zespołów, nie ma np. Kiera czy Ludzi Miłych. Nie dlatego, że nie darzę ich sympatią.

    Zwyczajnie recenzja byłaby zbyt długa, a opisanie wszystkich zespołów dla formalności byłoby chyba jeszcze bardziej krzywdzące. O jednych – siłą rzeczy – napisałbym więcej, o innych rażąco mniej. Chciałem uniknąć zabawy w wyliczankę.

    Okazji do pokazania różnych kapel będzie jeszcze wiele, nie tylko w recenzjach. Jeśli więc ktoś poczuł się pokrzywdzony, to z pewnością dożyje tych krzywd wyrównania

    Odpowiedz
  3. Pingback: 4. edycja Born in Szczecin na starcie | elewatorkultury.org

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress