0

8 października 2013

Gdzie jest futerał? Recenzja solowej płyty Przemysława Thielego

Przed otwarciem pudełka z książeczką i płytą, rzucił mi się w oczy znak zapytania. Sądziłem, że w środku czeka na mnie jakaś nagroda. Szukałem zdrapki, kuponu totolotka… Tylko gdzie ich szukać? Może w futerale? Czym właściwie jest ów futerał? Motywem z noweli Czechowa, czy raczej muzyczną konwencją zamykającą rockowy świat we wnętrzu plastikowego opakowania?

Po lekturze załączonej broszury zdecydowałem się jednak posłuchać tego, co Przemysław Thiele, założyciel Kolaborantów, miał nam tym razem do powiedzenia. Postanowiłem spróbować, choć wokalista ostrzegał, że może się zdarzyć, iż po wysłuchaniu płyty potrzebna będzie pomoc preparatu od Mozarta. No cóż, czasami trzeba zaryzykować, stosując preparat, choćby od Sobieskiego.

„Moja i Twoja nadzieja” – tym znanym utworem swój nowy krążek rozpoczyna Thiele. Szlagier dla powodzian, tak to pamiętamy. Powiedziałbym, że ktoś tu uciera Nosowskiej nosa, bo utwór z poprzednią melodyką i serconośnym refrenem został dosłownie olany. Facet krzyczy do ludzi, że nic nie pomoże dziś miłości. Słychać krzyki tłumów przypominających wzburzone fale, które ostatecznie topią i głosiciela pięknych słów, i tłum. Thiele brutalnie dostosował utwór do powodziowej rzeczywistości.





Drugi utwór wyjaśnia nieco sens całej płyty.
 Oto artysta, niegdyś młody buntownik, dzisiaj już doświadczony mężczyzna, chce wykrzesać z siebie to, co najlepsze. Zapewnia, że wychodząc z punkowej szuflady nie zaprezentuje słuchaczowi niczego świeżego i ładnego. Tytuł utworu brzmi „oj” (niemrawe Oi?), więc może nie być podrygiwania, ale fajnie jak ktoś to kupi. Trzeci punkt albumu – „Gdybarz”, to prawie standard w stylu punkowych, okolicznych grup z dawnych lat. Prawie, ponieważ utwór jest raczej kpiną z utartych już ścieżek. Podejmuje wszystkie tematy dzisiejszego świata: korporacje, dobro zło, morderstwo, trochę reggae i kaszel. Cóż, czasami trzeba przywdziać futerał, który ochroni nas przez współczesnością. 

Po przerywnikowej „Wielkiej Małpie” czas zniknąć.  Przed nami prosty i przyjemny, melancholijno-depresyjny utwór. Przysypiający koleś gra swój motyw. Temat ciągle podobny. O ile wcześniej wokalista dziarsko informował o swoim powrocie, a nawet usiłował zawalczyć tkwiącą w sobie młodością, o tyle tutaj ewidentnie się podłamuje. Może przy wódce, może na sucho. Prawie jak Bielikow, legendarny już bohater Antoniego Czechowa.



Małpa w klatce do oglądania! Moje pierwsze skojarzenie – muzyk sesyjny. Taki artysta zawsze jest na drugim planie, siedzi w studio i dogrywa popularnym gwiazdkom partie instrumentalne. Mężczyzna zdaje się grać bez przekonania, właściwie to nikt nie zwraca na niego uwagi, bo kogo on obchodzi. Jeśli bohaterem jest gwiazdor, to zwyczajnie się wypala i jest tego świadom, ale rzucić muzyki z jakiegoś względu nie może.

Muzyczna strona albumu, to przede wszystkim minimalizm. Nie ma tutaj zachwytu nad brzmieniem, czy instrumentalną wirtuozerią. Dźwięk może u niektórych wywołać odruchy niekontrolowanej złości. „Oj” to elektroniczne plumkanie w stylu Maxa i Kelnera z lat 80, gdzie zamiast śpiewu mamy coś zbliżonego do rapu. Natomiast gitary przeważnie brzmią syntezatorowo. Muzyczność tego albumu rekompensuje głos Thielego, który nawet do przesady fałszujący, brzmi przekonująco i ciekawie. Trzeba przede wszystkim pamiętać, że poza utworem „Nie mogę” nie jest to raczej twórczość na wesele do tańca.

Gdzie jest tytułowy futerał? Być może krążek nie wzbudzi w słuchaczu niezwykłych doznań estetycznych, ale istnieje spore prawdopodobieństwo, że jego wysłuchanie zmusi do myślenia, a momentami wywoła nawet uczucie przyjemności (w co sam autor chyba nie wierzy, nakazując poalbumową odtrutkę Mozartem). Sądzę też, że wielu nieśmiałych twórców zachęci do grania.

Traktując ten krążek jako kompletny koncept (a czy da się inaczej?), można w nim odnaleźć historię muzyka kończącego się, który oscyluje między chęcią zdziałania czegoś jeszcze a marzeniami o emeryturze i odcinaniu kuponów po mniej lub bardziej udanej karierze. Można tu także upatrzyć trochę śmiechu z muzyki zaangażowanej. Od samego początku. Śmiechu z zespołów i twórców w ogóle. Kaszel po joincie na nagraniu, oddawanie utworu na telewizyjną kampanię, chęć grania do oporu muzyków, którzy powinni już dać sobie spokój z buntem, zostać w punkowej szufladzie, w słoiczku bez marynaty. Z albumu odczytać da się wypowiedź na znany wszystkim temat „sprzedania się” artysty, faktu który siłą rzeczy dotyczy wielu muzyków. Futerał? To w nim mogą być pieniądze, nie tylko monetki, które zbiera uliczny grajek, ale gruba forsa dla dziadka, który z buntem i alternatywą już nic wspólnego nie ma.

Odsłuchanie całości, od początku do końca, to przygoda wymagająca odległych interwałów. Przetrwanie „Programu Redukcji Ofiar Śmiertelnych wymaga stanu szkodliwego organizmowi”, wymaga działania na progu świadomości. Stanu w którym nie wiemy gdzie znajduje się przycisk stop i wcale nie mamy ochoty go szukać. Być może stanu kaszlącego jak w „Gdybarzu”. Ale głowa do góry, w nagrodę, dla najbardziej wytrwałych, Thiele ładnie zaśpiewa.

Jako, że płytę traktować można jako “złożone dzieło artystyczne”, cała jej oprawa każe na siebie zwrócić uwagę od samego początku. Książeczka z intrygująca okładką zawiera zbiór szokujących prasowych faktów z życia twórcy. Jest dużo obrazków, zdjęć, wszystkie kolorowe. Konsumując książeczkę i zawartość dźwiękową wydawnictwa, ktoś powie “to taki żarcik muzyczny”. Czy do końca? Niech każdy oceni sam to dzieło, mówiące m.in. o sprzedajności – w niemal niesprzedawalnej formie.

autor: Łukasz Maj

  • Gdzie jest futerał
  • Kolaboranci
  • Szczecin
  • Thiele

About Łukasz Maj

View all posts by Łukasz Maj

Dodaj komentarz Anuluj pisanie odpowiedzi

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress